piątek, 2 lutego 2018

Pod skórą narracji

"Skąd mam wiedzieć, gdzie dzieje się akcja, skoro omijam opisy? Po co komu te dłużyzny?" Jak zrobić, by uczeń był wnikliwym odbiorcą literatury? Można pozwolić mu wejść pod skórę narracji.

Najpierw dostęp do tekstu. Grupy działające z Edmodo mają już w plikach, wystarczy tylko otworzyć. Gorzej z klasami "analogowymi" - przynoszę kserówki (niestety). Czy mogę skorzystać z dwóch stron powieści na prawach dozwolonego użytku? Myślę, że mogę.

Wiedzą, że będę czytać. Lubią to, bo naśladuję głosy, zmieniam melodykę. Krzyczę, a gdy trzeba, szeptem podkreślam strach i czasami, gdy się zapamiętam, przestają śledzić tekst i zasłuchują się. Uśmiecham się pod nosem - tak, ten tekst będzie wyzwaniem.
Włączam muzykę, cichutko w tle, bo tego chciał autor przygotowanego przeze mnie fragmentu.


Gdy w piosence pojawia się partia grana na organkach, przyciszam ją, by stopniowo zanikała. Potem pojawia się tekst. Mark Billingham "Kokon" [przeł. R.R.Lipski, Wyd. G+J Gruner+Jahr, s. 308-309].



Proszę uczniów, by zastanowili się, w jaki sposób w tym fragmencie zwalnia czas i ile minut może trwać podana scena. "Tu przecież nie ma podanego żadnego czasu!" - mówią. Naprawdę? A piosenka? W jakimś celu twórca tekstu umieścił o niej informację. Czyli tyle niemalże, a może krócej? A może dłużej?

Zaczynamy drogę z narratorem. Na początku obserwujemy bohaterów z dystansu, a narrator jest rzeczowym sprawozdawcą wydarzeń.
Thorne przytrzymuje otwarte drzwi, a Calvert wychodzi na korytarz. Mija raźnym krokiem inne pokoje przesłuchań, pogwizduje z rękami w kieszeniach. Thorne idzie za nim. Z radia gdzieś nieopodal płyną dźwięki jego ulubionej piosenki There Must Be An Angel duetu Eurythmics. Jan kupiła mu tę płytę w zeszłym tygodniu. Zastanawia się, co jego żona zrobi na obiad. A może on sam kupi coś na wynos.
Czytelnik zbliża się i teraz kamera zaczyna się ruszać. Odbiorca tekstu słyszy kroki osób, przeciska się obok nich w ciasnym korytarzu.
Mijając pierwsze wahadłowe drzwi i skręcając w lewo w inny korytarz wiodący do holu głównego, Calvert czeka, aby Thorne zrównał się z nim. Przytrzymuje dla niego drzwi. - Założę się, że zarabiacie krocie w nadgodzinach.
Narracja zmienia formę - to mowa pozornie zależna. Oczami bohatera obserwuje przestrzeń poza nim. Używam jego kodu językowego na nazwanie zdarzeń, faktów, elementów przestrzeni. Czasem słyszę jego przekleństwa, skróty myślowe, uproszczenia, rekonstruuję jego sposób kojarzenia. Zwalnia czas, gdy na obraz plakatów - podobizn przestępcy - nałożone zostają wrażenia bohatera, które w normalnym tempie opowiadania tej historii zagubione zostałyby w jej czasie rzeczywistym.
Thorne milczy. Nie może się doczekać, by ujrzeć plecy tego zarozumiałego małego dupka. Mijają kolejny rysopis Johnny'ego, ktoś dorysował dymek o treści: „Witaj, marynarzu". Thorne nuci pod nosem piosenkę Eurythmics.
Narracja jest dynamiczna. Składa się jakby z sekwencji zbliżeń, detali i półzbliżeń. Krótkie zdania to migające kadry, a czytelnik musi nadążyć za ruchem kamery i jeszcze usłyszeć w tle toczący się dialog.
Ostatnie drzwi. Oficer dyżurny kiwa głową do Thorne'a. Thorne wyprzedza Calverta, otwiera przed nim drzwi i zatrzymuje się. Dalej już nie pójdzie. To nie hotel, a on nie jest pieprzonym konsjerżem. Calvert wychodzi przed drzwi, przystaje i odwraca się.
- No to najlepszego...
- Dzięki za pomoc, panie Calvert. Będziemy w kontakcie, gdyby potrzeba było czegoś jeszcze.
Thorne bez namysłu wyciąga rękę. Patrzy w stronę oficera dyżurnego, który wychwytuje jego spojrzenie i szepcze coś o imprezie dla jednej z odchodzących asystentek.
Zbliżam się głosem do uścisku dłoni. Uczniowie wyczuwają napięcie w cedzonych przeze mnie słowach. Zatrzymuję kamerę, by zdążyli poczuć ciepło skóry, pot, grę mięśni, ruch palców.
Thorne czuje dotyk silnej, pokrytej odciskami dłoni i odwraca się, by spojrzeć na Francisa Johna Calverta.
Dochodzę do bańki dygresyjnej. Do palimpsestu scen - jedna z nich realizuje się poza mną, a inna we mnie, we wspomnieniach głównego bohatera. Poprzez jego natłok uczuć doznaję tego, co może trwać... kilka sekund? Zwróćcie uwagę na zdania - pełne powtórzeń i spójnika "i". Jednoczesność i natręctwo. Zacięty fragment "melodii". Zgrzyt i ukryte "pod" oczami sekrety, podskórne tajemnice?
I wtedy wszystko się zmienia.
Nie chodzi o podobieństwo do twarzy z portretu pamięciowego. Wychwycił je, kiedy tylko zobaczył Calverta, ale zaraz o tym zapo­mniał. Nie chodzi o podobieństwo, ale o tę twarz.
Thorne patrzy na oblicze Calverta i wie.
Po prostu wie.
To trwa nie dłużej niż sekundę, dwie, ale wystarczy. Dostrzega to, co kryje się pod tymi ciemnoniebieskimi oczami, i w żyłach zastyga mu krew.
Retrospekcja. Zmieszane sceny. Wirujące skojarzenia. Łączące się fakty. Wybuch wewnątrz jednego z bohaterów. To poprzez jego oczy czytelnik postrzega... przeszłość. Zanurzamy się niejako w sekrecie uśmieszku i oczu, może w kawałku siatkówki, która na moment staje nieruchomo, tężeje.
Widzi pijaństwo, o tak, i mecze piłkarskie w sobotnie wieczory, wilcze gwizdy na widok pięknych kobiet i nieprzepartą wściekłość ledwie trzymaną w ryzach przez wygodny związek małżeński pozbawiony miłości oraz seksu.
W narracji zaczyna dominować funkcja poetycka, tworząca nastrój grozy. Zniżam głos i mówię niemalże przez zęby, by oddać "kolor" przywołanych skojarzeń.
Dostrzega coś głębokiego, ciemnego i gnijącego. Coś cuchnącego. Coś, co wlewa się do ziemi i eksploduje krwawymi bąblami.
Zwracam uwagę na czasowniki, podkreślam ich wagę, ich konotacje. Niemożność, bezradność, wahanie, potrzebę znalezienia słowa na nazwanie.
Nie umie tego wyjaśnić, ale wie ponad wszelką wątpliwość że Francis John Calvert to właśnie Johnny. Wie, że stojący przed nim, ściskający jego dłoń mężczyzna jest odpowiedzialny za zamordowanie sześciu gejów w ciągu ostatniego półtora roku.
Czas staje. To już nie jest opis sytuacji, a opis przeżyć. Nie ma znamion przekształcania się wrażeń w myśli, a jest to po prostu przytrzymana klatka, kadr w zacięciu. Ściskam dłonie na kartce, czuję przeszywający mnie prąd. Wraz z uczniami jesteśmy wewnątrz głównego bohatera i czujemy tę chwilę, w której połączył błąkające się dotąd w niebycie skojarzeń fakty. Jego świadomość mnie elektryzuje. Jestem gotowa do skoku.
Thorne zastyga jak wryty i nie wie wcale, czy jeszcze kiedyś będzie się w stanie poruszyć. Jest skostniały ze strachu. Lada chwila, a zleje się w spodnie. A potem dostrzega coś, co jest w tym wszystkim najstraszniejsze.
Odwrócenie perspektywy. Patrzę już nie na zaciśniętą dłoń, a w oczy zbrodniarza. Śledzę z uwagą jego twarz podążając za zmianami w niej. Prześlizguję się pomiędzy tężejącymi w swej sztuczności wargami zbrodniarza, a przerażeniem w oczach głównego bohatera. Spiętego i gotowego do działania. Człowieka, który uchwycił się przeczucia, ale jednocześnie nie ma żadnych dowodów.
Calvert wie, że on wie.
Thorne konstatuje, że jego twarz jest pusta. Bez wyrazu. Martwa. Ale myli się. Widzi zmianę w oczach Calverta, kiedy ten odnajduje jego spojrzenie. To trwa tylko moment. Ot lekkie drgnięcie powieki. I uśmiech, który nieco przygasa.
Akcja włącza play. Jakby nic się nie zdarzyło. Wszechświat czasu wewnątrz umysłu głównego bohatera przepełnionego feerią skojarzeń, to tylko ułamki sekund, mgnienia, rozbłyski połączonych nici, faktów. Kamera zostaje przy boku zdrętwiałego, młodego, niedoświadczonego detektywa. Widzę wraz z nim odwróconą w jego kierunku twarz oddalającego się zbrodniarza. Na tej twarzy błąka się drwiący, ale jednocześnie zdeterminowany uśmiech Jego plecy nikną, ale mnie sprzed oczu nie znika ten uśmiech. Ponownie słyszę piosenkę, która jeszcze nie zdążyła się zakończyć.
A potem jest po wszystkim. Uścisk dłoni słabnie, a Calvert odchodzi w stronę głównych drzwi wyjściowych posterunku. Przystaje na chwilę i odwraca się. Już się nie uśmiecha. Oficer dyżurny wciąż mówi o imprezie, ale Thorne patrzy, jak Calvert wychodzi z gmachu komendy. Na jego twarzy maluje się coś, co może być przerażeniem. Lub nienawiścią. A gdzieś w oddali słodki wysoki głos wciąż śpiewa o wymyślonych aniołach.
Cichnę. Spoglądają na mnie. Pozaznaczali miejsca, gdzie zmienia się "kamera" i "czas".
- Jakby się ktoś zamykał w skorupie.
- Jeśli umysł jest pudełkiem, to w tym tekście wchodzi się aż do któregoś z kolei schowanego w poprzednim.
- Jak w Ant Man'ie, gdy wszedł do wewnątrz przestrzeni kwantowej.
- To tak zwalnia, że gdyby to nakręcić, nie dałoby sie wyznaczyć czasu ujęć.
- Nie dałoby się? - pytam. - Rzeczywiście? A może spróbujecie zrobić scenopis tego fragmentu.

Poza scenopisem zwracam oczywiście uwagę na język - choć oni już to wyczuwają instynktownie. Później mogę zachęcić ich, by zrozumieli, dlaczego w tekście ten fragment jest dygresją, powrotem do skojarzeń z przeszłości. Dopiero wtedy określam cel. Podaję też pojęcie "narracja szkatułkowa".
Może będą chcieli napisać sami tekst do teledysku?



TO wszystko przed nimi.
Idziemy szczeblami.
Najpierw ich zmusiłam, by zanurzyli się w narracji.


2 komentarze :