sobota, 12 września 2015

Ryba się zepsuła

Jaka będzie przyszłość szkoły? Na te pytania odpowiadali paneliści oraz ponad 1200 uczestników podczas 3 Kongresu Polskiej Edukacji.

Żeby wpisać się w to, w co wpisać się należało?

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na fakt, że program Kongresu został wypracowany w oparciu o efekty dyskusji społecznej na ogólnodostępnym portalu Nasza Edukacja. Spotkanie ponad 1200 osób związanych z oświatą miało na celu zarówno pracę w grupach panelowych, jak również  przedyskutowanie tematów, które - co wielokrotnie podkreślano - były wynikiem internetowej, dwumiesięcznej debaty. Fakt ten skojarzył mi się od razu z wierszem "Egzamin" Ewy Lipskiej:

"Królem wybrano pewnego króla
który miał zostać królem."



Postulaty wybrano takie, jakie zostać wybrane miały. Ujawniło się to już podczas pierwszej nazwijmy to debaty, na której byłam obecna. Przechwałki zaproszonych panelistów zastąpione zostały przez festiwal żalów i pretensji do wszystkich wokół, a zgłaszane postulaty były przeredagowywane tak, by pasowały do wcześniej już zgrupowanych tematycznie punktów.

W chaosie wielości tkwi istota na zadowolenie byle czym

Nie wypracowano żadnego "jak" mimo szerokiego spektrum zaproponowanych debat, na przykład: oczekiwania wobec szkoły oraz nauczycieli w XXI wieku, poszukiwanie metod na "otwieranie" szkół, rola rodziców, samorządu i instytucji oświatowych w życiu szkoły, zmiany sposobów oceniania ucznia, kształtowanie kompetencji kluczowych, korzystanie z otwartych zasobów, interpretowanie "innowacyjności" w odniesieniu do szkoły, rola metody projektu w nauczaniu, wykorzystanie nowoczesnych technologii a umiejętności przydatne w dorosłym życiu, lepsze sposoby przygotowania nauczycieli... i tak mogłoby się ciągnąć w nieskończoność. Lista wystawców w strefie stoisk informacyjnych została odpowiednio dobrana, by skupić się na najpoważniejszym problemie współczesnej szkoły, podkreślanym podczas wszystkich rozmów - jej izolacji.
Mimo to moim zdaniem niewiele z tego było korzyści. Panele nie dawały możliwości do skutecznego porozmawiania, gdyż zgromadzeni zostali ograniczeni do zgłaszania postulatów (równie dobrze więc mogłam to wysłać online). Zaproszeni specjaliści nie odpowiadali na pytania, a dawali rady w stylu starej panny lub zgrzybiałego mentora, katatonicznie repetując wyuczone formułki lub patrząc z politowaniem na tego, kto ośmielił się dorwać do mikrofonu. Cóż z tego, że funkcjonowała Open Space, skoro technicznie nie było jak usiąść i pogadać, gdyż równolegle toczyły się cztery inne spotkania o zazębiającej się lub istotnej choćby z nazwy tematyce? "Daliśmy przecież możliwość rozmawiania" - podobnie jak w antycznym świecie wraz z urzeczywistnianiem powiedzenia "Chleba i igrzysk" prowadzono skuteczne zamykanie buzi obserwatorom teatralizacji i fałszu tych działań.

Nie było żadnego "jak"

Podejmowano zagadnienie "otwartości" szkoły na wiele różnych sposobów. Chodziło zarówno o przełamanie izolacji fizycznej, czyli skupianie się nauczycieli na wykorzystywaniu materiałów dydaktycznych posiadanych w przestrzeni czterech ścian budynku, w którym uczą, jak i  izolacji mentalnej, czyli zatraceniu rozumienia edukacji jako procesu, który ma dokądś zmierzać, w większości przypadków do efektywnego, świadomego, szczęśliwego życia uczniów w ich dorosłej przyszłości. Podawano wiele przykładów, jak “wyjść” z edukacją poza mury szkoły oraz jak ważne jest kształcenie kompetencji kluczowych, ważnych dla ucznia i jego przyszłości. Wspomniane przykłady zalały obecnych chaotyczną powodzią możliwości, prowadząc do jeszcze większego zagubienia i poczucia nieumiejętności poradzenia sobie w tym, co oczekiwane, czyli ze zmianą.

Zabierający głos uczestnicy kongresu jak i zaproszeni paneliści, akcentowali fakt, że pomimo wielu możliwości “otwierania” szkół, brak zarówno konkretnych wskazówek, jak i profesjonalnych grup, nazwijmy to na potrzeby niniejszego tekstu “trenerów”, którzy potrafiliby wskazać, jak krok po kroku przeprowadzić zmianę we własnej metodyce, w codziennej pracy na lekcji oraz w zarządzaniu szkołą.

Mnóstwo osób, z którymi dane mi było rozmawiać, zwracało uwagę na natrętne schodzenie ze wspomnianego wyżej, najważniejszego w mojej ocenie problemu współczesnej edukacji, ku “próbie przekonywania przekonanych”, że edukacja wymaga zmian. W tę narrację wkomponowały się wypowiedzi wielu moderatorów, których zadaniem było podsumowanie toczących się debat, a moim zdaniem upraszczali oni podejmowane dyskusje i formułowane postulaty, które zapisane finalnie językiem sloganu przestawały cokolwiek znaczyć.
W naturze powyższego skonstruowany był prawie cały, tak oczekiwany przez wielu wykład Margaret Rasfeld, dotyczący indywidualizacji nauczania w "Budzącej się szkole". Prelegentka zaledwie 10 minut swojego wystąpienia poświęciła opisowi metody nauczania w innym niż system klasowolekcyjny. Ze strony Philipa Zimbardo również nie padło wiele konkretów. Omawiane przez niego wartości płynące z uczestnictwa w projekcie Heroic Imagination Project nie zostały wsparte praktycznymi informacjami dla słuchaczy, jak i gdzie zacząć wdrażać ten pomysł w szkołach. Co więcej, jasne zadeklarowanie przez profesora Zimbardo braku korzyści płynących z adaptowania gier do edukacji obruszyło wielu z obecnych, w tym mnie osobiście.

Dla kogo ten Kongres?

Podczas Kongresu zdecydowanie zabrakło przedstawicieli klubów naukowych, majsterkowiczów, czy choćby takich inicjatyw, jak “Uniboty”. O "Mistrzach Kodowania" powiedziano jedno zdanie, w ogóle kodowanie zbagatelizowano. Co więcej, te ośrodki wspierania edukacji prawie wcale nie zostały wspomniane w wypowiedziach ogólnych, a przecież to one już od jakiegoś czasu potrafią "otwierać" edukację, wystarczyłoby tylko wypracować stałą metodę implementowania działań instytucji zewnętrznych w praktykę szkolnej codzienności, by "odczarować" nauczanie.

Uproszczenie dyskusji nie przyniosło finalnie rozwiązań, jak na nowo organizować pracę nauczycieli i szkół, by placówki przyjęły kategorię “otwartości” w nauczaniu umiejętności młodych ludzi. Nie znaleziono rozwiązania na chaos informacyjny oraz mnogość tzw. zasobników metod i narzędzi, jak również całkowity brak wsparcia dla jednostek wdrażających inne modele pracy w szkołach. Powtarzane na wiele sposobów zdanie "Trzeba zbudować sieć", ograniczone zostało do widmowego "trzeba". Budować nikt nie chciał, przykłady takie jak Superbelfrzy czy SORE (te ostatnie rozkręcono i po dwóch latach zamknięto, pozostawiając bezużytecznych fachowców, na których wyszkolenie poświęcono mnóstwo państwowych funduszy) kwitowane były drwiącym uśmieszkiem, organy państwowe najchętniej zgarnęłyby wszystko, byleby ktoś zrobił za nich, co potrzeba, czyli nie za bardzo wiadomo co. Pomysły nie były słuchane do końca, przerywano impertynenckim "Proszę to opisać i wysłać do...", "Tak, tak, bardzo ciekawe...". W niektórych przypadkach odezwanie się wywoływało święte oburzenie. Poza banałami, zaczynającymi się od sformułowań, co “trzeba” zrobić, nie znaleziono czasu, na konstruktywną pracę nad “jak”, w efekcie czego wiele debat zakończyło się litanią żalów i pretensji, docinków lub wręcz kłótni o kasę. Nieśmiałe głosy, w tym mój o dziwo bardzo nieśmiały, doczekały się albo upraszczającego podsumowania, albo ironicznych gestów. Arogancja biła w oczy - zewsząd. A zaraz po niej potrzeba udowadniania wszem i wobec swej "ważności".

Na to przemieszanie priorytetów zwrócił na początku Kongresu, podczas bardzo inspirującego wykładu plenarnego Carl Honoré - ambasador ruchu "Slow" w nauczaniu. Szkoda tylko, że kolejne godziny sobotnio-niedzielnego spotkania coraz bardziej oddalały się od tak ciekawie zainicjowanego zagadnienia, skupiając się na konstruowaniu obiegowych truizmów, które podsumować można absurdalnym sformułowaniem wielokrotnie powtarzanym podczas 3 Kongresu Polskiej Edukacji: “Ryba psuje się i naprawia od głowy…”.

Co mi dał Kongres?

Przede wszystkim miałam okazję wyrazić głośno opinię, że skuteczna sieć wsparcia i pomocy dla nauczycieli nie zaistnieje, dopóki nauczyciele nie wyzbędą się zawiści i zaborczości.
Pierwsza z przyjmowanych postaw zmienia pojęcie "dzielenie się" na zaściankowo rozumiane "szpanowanie", druga uniemożliwia stworzenie otwartych zasobów i grup wsparcia. Wspomniana zaborczość przenosi się na model nauczania - nauczyciel z trudem oddaje głos uczniom, nie daje im możliwości współdziałania, schodzi z piedestału, bo tak usilnie broni swego "podium". W ten sposób nie odejdzie od manii "udzielania wskazówek i podpowiedzi" na rzecz próby uczenia samodzielności i odpowiedzialności. Zaborczość wpływa również na znikomy odzew, gdy ktoś wykorzysta czyiś pomysł. Wielokrotnie wskazywałam, że dla mnie taki feedback jest nieocenioną pomocą, pomaga mi ulepszać swoje pomysły, których nie mam ochoty zatrzaskiwać w teczce. Mam wrażenie, że osoby wykorzystujące pomysły np. opisywane na blogach podobnych do mojego, wstydzą się tego, że sami nic nie wymyślili.
Tym samym, z nieuzasadnionego wstydu i poczucia niższości, rodzi się maskująca niezrozumiałe kompleksy zazdrość i zawiść. Nikt podczas debat nie podjął wspominanego kilka razy tematu rozbijania się we własnej pracy o mur betonowego wapniactwa, gaszącego entuzjazm, poniżającego, nakazującego niewychylanie się, przyporządkowanie do nicnierobienia. Owa zawiść, podyktowana również obawą przed zmianą, skutkuje poniżaniem tych, którzy mają pomysł, mimo że w duchu ów pomysł się podziwia.

Podczas Kongresu i zaraz po nim zrozumiałam, dlaczego tak niewiele czasu poświęca się na tego typu ogólnopolskich spotkaniach na wskazanie korzyści, jakie zyskują polskie szkoły uczestniczące w eTwinningu, oraz z jakiego powodu przez niektórych niezaangażowanych ośmieszane są inicjatywy CEO jako te, które wcale "nie zajmują się uczeniem, a przecież warsztat pracy jest najważniejszy".
Żebym wyraziła się jasno, bym zrozumiana została, by to zostało doprecyzowane: jestem wielką orędowniczką zarówno CEO, jak i eTwinning. Przytaczam jednak sparafrazowane głosy tych, którzy ani nie chcą brać w takich inicjatywach udziału (ze wspomnianych różnych względów związanych z grubsza z zawiścią i zaborczością), ani nie zamierzają innych inspirować do uczestnictwa. Sama, po otrzymaniu świetnych wyników ze strony własnych uczniów w wielu inicjatywach CEO, usłyszałam z kilku stron, że to nic wielkiego, takie tam wygłupy.
Mój drobny pomysł, jak wykorzystać gimnazjalny projekt edukacyjny do spajania szkół w najbliższym regionie, zapewne również nie spotka się z akceptacją własnie z powodu zawiści.

Bo to ktoś wymyślił, nie ja. 
Bo jak nie ja wymyśliłem, to nie będę adaptować czyjegoś, bo wyjdzie na to, żem głupi.
Bo ja wymyśliłem, a ktoś na tym skorzysta. 
Bo ktoś to robi inaczej, to ja też bym musiał coś zmienić. 
Bo jak ktoś robi inaczej, to źle, bo przecież mnie uczono "prawdziwego rzemiosła nauczycielskiego", a nie wygłupów.

Własnie. Wygłupy. Strata czasu. Ryba już zepsuła się od głowy. Nauczycielskiej.



Na koniec drzewko.

Bądź uległym kartonikiem w rękach trzymających władzę, a oni porozmieszczają cię bez ładu i składu na swojej wiecznie z siebie zadowolonej choince. A przecież możliwe jest poukładanie logicznie wszystkich instytucji edukacyjnych, by stanowiły satelity dla szkół, umożliwiały nauczanie praktyczne, doświadczalne, wyrwane z formuły ławki...
To drzewko wygląda jak bijąca wierzba z Pottera. Tak się co raz wstrząsa i przeformowuje, taką samą siłę mają pędy - absurdalną i nielogiczną. Jedynym sposobem na te nieskoordynowane ruchy, to trzymać się mocno gałęzi - albo dlatego, że się ktoś dorwał do koryta, albo ma się siłę jako pojedynczy kartonik tylko dzięki temu, że podtrzymują go inne kartoniki. Na to liczę. Podtrzymywanie się nawzajem, by nie zwariować w wirowym pędzie oszalałych konarów.

4 komentarze :

  1. Dlaczego ja dopiero teraz tu dotarłam? Przez chwilę żałowałam, że mnie na Kongresie nie było, a tu okazuje się, że może zdrowsza będę dzięki temu. Świetny tekst. Dzięki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdy pisałam, byłam rozgoryczona. Teraz ochłonęłam trochę, zdystansowałam się :)

    OdpowiedzUsuń