poniedziałek, 3 listopada 2014

Każde dziecko jest zdolne, ale nie każdy nauczyciel

Cytat:
"Nieszczęście panującego systemu polega na tym, że on frustruje wszystkich: i uczniów, i nauczycieli, i rodziców. Nauczyciele rozliczani są z tego, ile wiedzy wtłoczyli do dziecięcych głów (co ma wyjść w testach). Są zmuszani do bycia biurokratami. Muszą pisać rozkłady materiału i szczegółowe scenariusze lekcji, w których rozpisują co do minuty, co ich uczniowie mają w czasie lekcji robić, mówić, myśleć. Przecież to czysty teatr absurdu! I najważniejsze: muszą stale robić "coś" z uczniami, by ci nie przeszkadzali im w pracy. Tylko co? Nakrzyczeć? Wpisać uwagę? Te środki szybko się wyczerpują i pozostaje już tylko narastająca frustracja i coraz bardziej zszarpany głos. Ponieważ czasu jest mało, a materiału dużo, 45-minutowa lekcja często zamienia się w wykład. A aby nauka miała sens, podanie wiedzy powinno zająć maksymalnie jedną czwartą lekcji. Reszta powinna być przeznaczona na przetwarzanie nowych informacji - w grze, dyskusji." - czytam w wywiadzie, w którym Aleksandra Szyłło i Marzena Żylińska, doradczyni minister edukacji, oglądają film o prof. Hütherze i rozmawiają o szkole. [klik]


Dlaczego nie zrezygnować z biurokracji, skoro jest jarzmem?
Pracuję już jakiś czas. Widziałam, jak pracują nauczyciele w różnych szkołach i - niestety - jeśli byłaby taka możliwość, że uczący zostałby zwolniony z nadzoru zarówno dyrektora jaki i kuratorium, to niewiele ponad 30% wykonywałoby swoją pracę zgodnie z egzystencjalnym obowiązkiem uprawiania rzetelnie własnego ogródka. Większość skupiłaby się na "nic-nie-robieniu" i możliwości zrzucenia obowiązku na kogoś innego lub w ogóle na zaniechaniu realizowania danych (założonych przecież) działań, bo przecież tak wygodniej, a państwo płaci, a ta praca taka ciężka, a ta młodzież taka niewdzięczna, a rodzice roszczeniowi, a nie mam na ksero, a...

Bo nie!
Zaczynałam pracę obserwując nauczycieli, którzy swoje lekcje przeznaczali na "róbcie co chcecie, bo ja muszę dziennik wypełnić", lub "ty uzupełnij plan, ty przepisz mi z kajetu oceny, a reszta niech czyta - co? - byle co". Bardzo często spotykałam się z jawną agresją słowną, gdy (głupia, teraz to wiem) proponowałam, że przyjdę na lekcję (chciałam się czegoś nauczyć, a nie - jak to zostało odebrane - sprawdzać). Zapaloną smarkulę łatwo było izolować (broń Boże nie uczyć, nie, bo i czego?), zamknąć (na szczęście na chwilę!) w kręgu obojętności (widziałam to raczej jako skrajny w swym kształcie ostracyzm, który później przybrał formę mobbingu). Byli to nauczyciele o wiecznie skwaszonej minie, ogłaszający swą postawą wszystkim wokół, że swój zawód wykonują niejako za karę i wielka krzywda dzieje się im, wybranym, że muszą tę ciężką pracę realizować wśród (tak, tak, wiem, ale tak to widziałam wtedy) wśród tych "zwykłych" ludzi. Okazywali jawny brak szacunku dla swojej pracy, a każda hospitacja (zapowiedziana) wywoływała atak paniki (i pretensje "No znowu się przyjdzie ktoś mnie czepiać").

Im więcej "profesorowania" słyszałam wokół, tym więcej dowodów jawnego lekceważenia obowiązków nauczycielskich miałam na co dzień. Wykonanie danego zadania wiązało się z epatowaniem pychą, butą, odprawieniem niezrozumiałego dla mnie rytuału narzekania i stękania, protekcjonalnością i lekceważeniem - myślałam wtedy, że to zjawisko odosobnione, ale gdy dwa lata temu uczestniczyłam w kursie dla kadry oświatowej, doświadczyłam kumulacji zarówno arogancji, jak i bezczelności, potrzeby permanentnej negacji wszystkiego, co wokół (poczynając oczywiście od słów-wytrychów: "Ci na górze to...", "Ci w rządzie to...") oraz bezprzedmiotowego zadufania w sobie. Każda inicjatywa była torpedowana - dlaczego?, "bo jak ty coś zaczniesz robić, to inni (ci mityczni INNI) będą wymagać tego samego ode mnie". Każde działanie podczas warsztatów (opóźniające wyjście tych "wszystko-już-wiemy-i-odczep-się-bo-chcemy-papierek", założone na co najmniej dwie godziny przed czasem, a przesunięte - przez te moje natrętne pytania - o kolejne 5 minut - bo przecież ważne jest, by odbębnić i papier dostać...) było przyjmowane ze skwaszoną miną, jawną wrogością, a potem już (ze strony na szczęście tylko kilku osób) z ironicznym komentowaniem, wydawać by się mogło pełnym agresji i frustracji (a w moim odbiorze bezsilnego maskowania własnej niezaradności), stawianymi w opozycji do nielicznych głosów sygnalizujących potrzebę nauczenia się, zgłaszanych ze strony innych kursantów.

Teraz, gdy mam więcej wiedzy na ten temat, wiem, jak zdefiniować niektóre zjawiska:
"(...) molestowanie moralne to agresja w małych dawkach, która jest jednak bardzo destrukcyjna. Każdy atak wzięty z osobna nie jest naprawdę czymś poważnym, o agresji stanowi skumulowany efekt częstych i powtarzalnych mikrourazów (Marie-France Hirigoyen, Molestowanie w pracy, 2003, s. 11).

Byłam zażenowana taką postawą, nie zdawałam sobie sprawy, że polski nauczyciel potrzebuje i kij, i marchewkę (w sumie z przewagą kija) - zwolniony z obowiązku biurokratycznego (na który tak psioczy) - czy byłby w stanie narzucić sobie SAM dyscyplinę działania zarówno w zgodzie z podstawą programową, jak i własnym planem dydaktycznym, czy założeniami ustalonymi przez całą radę w sierpniu, kończąc na banalnym rozsądku nauczania danego przedmiotu? Obawiam się, że nie. Gorycz? - tak. Refleksja powyższa odsuwa mnie od - zamierzonego wcześniej - poszukiwania źródeł upadku autorytetu zawodu nauczyciela.

Na szczęście...
Dopiero ostatnie 5 lat przywróciły mi wiarę w pracę. Nauczyciele, z którymi teraz pracuję, chcą. Moich pomysłów nie interpretują jako atak, a jako możliwość inspiracji, ciekawą propozycję. Ich pomysły podejmuję i oddaję im całe serce, bo lubię to, cieszę się, że tworzymy coś razem w imię czegoś wyższego.

Dlaczego uczeń się wierci?
Poszukiwałam odpowiedzi na pytanie o źródło wspomnianej wcześniej "wiecznie skwaszonej miny nauczycielskiej". Doszłam do wniosku, że niektórym nauczycielom przeszkadza... uczeń. Ten współczesny jest rozdrażniony, postrzega świat we fragmentach, myśli o świecie jak o Minecrafcie, nakłada rzeczywistość wirtualną na "real", a drugie życie spędza w sieci. Jest też bardzo chętny do działań w grupie (ta szkolna trochę przypomina mu drużynę z jego gier) i silnie odczuwa więzi społeczne. Nie radzi sobie jednak z konsekwencjami działań, z pracą długofalową, złożoną, z czytaniem dłuższych tekstów ze zrozumieniem (dlaczego? - grę zawsze można przerwać, level nadrobić, powtórzyć quest...). Mam wrażenie, że dla wielu nauczycieli współczesne dzieci i nastolatkowie są nie do zrozumienia, dlatego swoją bezsilność i frustrację maskują pychą i arogancją.

"Posłuszeństwo już mieliśmy. Jak w komorach gazowych kończył się gaz, to posłuszni je napełniali" - mówi prof. Gerald Hüther, neurobiolog, jeden z bohaterów filmu dokumentalnego "Alfabet" Erwina Wagenhofera. Twierdzi, że egzekwowanie od uczniów w szkołach posłuszeństwa i wykonywania poleceń jest szkodliwe.[ WIĘCEJ TUTAJ ]

Ilustracja do wspomnianego artykułu w Gazecie Wyborczej.

"Co zrobić, żeby dzieci efektywnie nauczać, a raczej - nie nauczać, tylko spowodować, żeby zechciały się uczyć? W jaki sposób zmotywować uczniów do samodzielnej nauki?" - pyta Young Digital Planet i dr Żylińska.
[ WIĘCEJ TUTAJ ]
Nauczanie to przede wszystkim emocje - zaangażowanie wytwarza chęć, chęć i zaangażowanie utrwala - ale nie wiedzę, a dane skojarzenie z sytuacją, w której wiedza była potrzebna. Myślę, że to właśnie jest nauczanie - tworzenie sytuacji przykładowych. Z tego powodu każdą lekcję konstruuję inaczej. Stosuję wymyślony przez siebie schemat "kwiatu" w budowaniu planu dydaktycznego, by inicjować "wyjścia poza lekcję", dać tym treściom "pooddychać", umożliwić sprawdzenie się w praktyce. "Wiem, że nic nie wiem"? - myślę, że to dobrze.

Wykresy odszukał Marcin Polak.

"...przeprowadzono badania naukowe, które udowodniły, że powierzchnia skrzydeł trzmiela jest kilkukrotnie za mała, aby mógł on latać. W każdym razie jemu to nie przeszkadza i lata. Fruwa, bo nie wie, że nie powinien!"

ilustracja: Bill Carman

WOM i blended learning
Zaproponowane kontynuowanie szkolenia "Przedsiębiorczość" (Fundacja Młodzieżowej Przedsiębiorczości "A Member of JA Worldwide") przyjęłam z rezerwą i działania na platformie rozpoczęłam niechętnie, ale już po pięciu minutach oglądania treści kolejnych modułów zdałam sobie sprawę, że jest to zakres treściowy najbardziej mi potrzebny ze wszystkich dostępnych w danym momencie. Dlaczego? Ciągle zmagam się z problemem - jak motywować. Przecież w świetle powyższych artykułów tylko wtedy mam szansę.


Joanna Waszkowska's Slidely by Slidely Slideshow

Kliknij i powiększ, by zobaczyć poniższe:






Slajdy wykorzystane ze szkolenia blended learning:

2 komentarze :

  1. Przeczytałam z zainteresowanie ostatnie akapity. Początek, jak dla mnie, zbyt smutny. Aż tak chyba nie jest. Mam nadzieję, że to bardzo jednostkowy w swym okropieństwie przypadek.
    Szkolenie rzeczywiście fantastyczne. Dzięki za podzielenie się.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten smutny początek dotyczył mnie, dlatego wydaje się smutny. Oczywiście, nie twierdzę, że tak jest wszędzie. Miałam po prostu pecha.

    OdpowiedzUsuń