sobota, 7 lutego 2015

Czytać, czy nie czytać?

Odwieczne pytanie nauczyciela - dlaczego ONI nie czytają!? Lektury są omijane z zasady, bo to lektury. Czasem wymsknie się uczącemu na lekcji kilka słów o czymś spoza kanonu, lecz w pierwszym kontakcie odrzucane jest, bo a) to w końcu nadal książka, b) bez znajomości kontekstu jest prawie nie do zrozumienia (jak hasło w Wiki po wymazaniu linków), albo w końcu c) "tylko snoby czytają i lansują się na książki".

Jaką strategię przyjąć?
Przede wszystkim warto rozsądnie podejść do kwestii lektur w szkole. Jeśli SP wymaga powieści przygodowej, to czy usilnie trzeba się upierać przy skostniałych pozycjach czytelniczych? Podobnie w gimnazjum, jeśli ma to być powieść detektywistyczna, czy dajmy na to fantasy, to czy na pewno musi być to "Hobbit"?

Instytucje oświatowe prześcigają się w promowaniu czytelnictwa. Organizują ogólnopolskie ANKIETY, przy pomocy których szukają odpowiedzi, jak zmienił się gust czytelniczy. Popularny był event na Facebooku badający GUST CZYTELNICZY. Jest to trend OGÓLNOŚWIATOWY. Zadaję jednak sobie pytanie - dla kogo jest to badanie? Przecież ideą jest popularyzowanie czytelnictwa, a organizowane działania zdają się być skierowane tylko do osób, które już czytają i to niemało (na uwagę zasługuje fakt, że w powyższych rankingach uczestniczyli przede wszystkim nauczyciele, potem wydawcy, dziennikarze i pracownicy placówek oświatowych). Uczeń, który nie czytał i czuł niechęć do czytania, nie czyta nadal, chociaż wszyscy są zadowoleni, bo zbadali "gust czytelniczy".

Również biblioteki nie zasypiają gruszek w popiele i chętnie organizują warsztatów, w promowaniu mody na czytanie, czy po prostu przedstawiają młodym ludziom, cóż poza wypożyczaniem książek można robić w miejscu takim, jak biblioteki (np. CZYTAJ TU). Również ogólnopolskie projekty skłoniły się ku promowaniu czytania połączonego z odkrywaniem. W tym roku Szkoła z Klasą 2.0, obok regulaminowych działań, proponuje blogerom organizację w szkole TYGODNIA CZYTANIA, zachęca do dzielenia się informacjami o przeczytanych książkach CO WARTO CZYTAĆ.

W innych projektach organizatorzy proponują połączenie czytelnictwa z działaniem autorskim, na przykład z tworzeniem szkolnej gazety, czy promowaniem nietypowych publikacji: WIADOMOŚCI Z PRZESZŁOŚCI. Szczerze mówiąc jednak, proponowane w sieci inicjatywy, dotyczące prowadzenia gazetki szkolnej online (np. Junior Media albo Mam Media), delikatnie mówiąc, nie są serwisami user friendly.




Co jednak robić w wypadku, jeśli ktoś czytać nie chce?

Czasami osoby rozumiejące właściwości języka, próbują zabiegać o młodych ludzi, wykorzystując na przykład w promowaniu kultury języka piosenkarzy znanych przez młodzież (OJCZYSTY). Są to działania epizodyczne. Wszystkie te wspaniałe akcje odnoszą się do osób, które mogą na przykład wyrazić opinię o najciekawszych, przeczytanych przez siebie książkach lub piszą cokolwiek (popełniając przy tym czasami błędy). W połączeniu ze stylizowaną na wybory akcją społeczną (WYBORY KSIĄŻEK) takie badanie opinii publicznej jest bardzo atrakcyjne pod warunkiem, że w wymagane trzy linijki na karteczce jest co wpisać. Niektórzy uczniowie nie widzą powodów do dokonywania zmian w liście lektur szkolnych, bo z zasady nie czytają żadnej, więc jest im to obojętne, co zostanie podane przez nauczyciela. Czytanie ich nuży.

Może warto zastanowić się, dlaczego tak jest?

Dla wielu uczniów książki, to wynalazek innej epoki. Ich umysły, bombardowane komunikatami prostymi, emocjonalnymi i szybkimi, nienawykłe są (i może nieodwracalnie zablokowane) do komponowania w wyobraźni przetwarzanych linearnie ciągów. Czytanie zasadza się na regule łączenia sensów. Wymaga skupienia i, owszem, nie jest to czynność łatwa. Wyobraźnia musi nadążyć za rozpoznawanym tekstem, a rozpoznawany tekst musi być układany w całość. Nie jest to proste, gdy zdania rozwijają dany wątek, są wielokrotnie złożone, albo - nie daj Boże! - to OPIS!

Przecież musi być jakiś sposób. Nauczyciele promują czytelnictwo jako sposób na rozbudzenie wyobraźni, łatwą możliwość... no właśnie, oderwania się od rzeczywistości? Czy to aby dobre akcentować tę zdolność (moc?) tekstu pisanego? Poza tym uczniowie nie widzą sensu w podejmowaniu trudu zmagania się z anachroniczną metodą wytwarzania iluzji i przenoszenia się do wyobrażeń, gdy łatwiejszy sposób mają po naciśnięciu kilku klawiszy. Gra komputerowa spełnia podobną funkcję, a RPG pozwala się dodatkowo utożsamić z awatarem, co niesie ze sobą czasem niebezpieczne skutki (pisze o tym również J. Deaver w książce "Przydrożna krzyże").

Nauczyciele szukają zatem innej wartości, potrzeb, które dzięki książkom można zaspokoić. Jest to na przykład PAMIĘĆ. Odkrywanie historii innych, ich myśli i skojarzeń, podążanie drogą ich emocji i nazywanie ich słowami odczuć i wrażeń, tworząc tym samym immanentny język, jest doświadczeniem magicznym, ale wymagającym... wprawy w czytaniu.



Inną metodą jest UTOŻSAMIENIE. Książki można postrzegać jako warianty rozwiązań życiowych problemów i poprzez ukazywanie uczniom np. fragmentów tekstów, które przedstawiają życiowe sytuacje bliskie odbiorcom, można mieć cień nadziei, że zainteresowani dalszym ciągiem wychowankowie po tekst sięgną i przełamując początkowe trudności składania sensów w ciągi, a ciągi w wyobrażenia, pokonają tekst i zrozumieją go, uzbrojeni w nauczycielskie wskazówki interpretacyjne. Możliwe nawet, że zainicjują polemikę z nauczycielem po przeczytaniu tekstu, albo zainteresują się nad przyczynami ukazanego w tekście spojrzenia na świat bohatera, czyli zaczną badać... kontekst.

Pomarzyć można, ale czasem marzenia się spełniają. Tym samym wracam do podstawowego zagadnienia, czyli świadomego, dostosowanego do możliwości uczniów doboru tekstów na lekcji. Orka krok po kroku z podręcznika, bezkrytyczne mielenie, inicjowane dzień w dzień ferdydurkowym sformułowaniem "Co mamy na dzisiaj?", może obrzydzić każdemu czytanie, nie tylko nastolatkowi. Schematyczność, święte oburzenie w temacie nowoczesnych technologii, metod, uczniowskich komórek, albo nawet poniżanie nowoczesnych sposobów komunikacji (tym samym obrażanie wszystkich korzystających z nich nastolatków) jest działaniem aroganckim, protekcjonalnym, bezczelnym i niekulturalnym. Wychodzenie z przekonania, że jest jedyna prawda rozumienia świata i boski nauczyciel, który zjadł wszystkie rozumy, dysponuje (jako jeden z niewielu, bo należący do elity) tą wiedzą, jest kłamliwą, chorą postawą, która w żadnym wypadku nie przekona uczniów do prezentowanych na lekcji treści. Jeszcze gorsze jest "czynienie łaski", przyjmowanie przez nauczyciela postawy, że KTOŚ przymusza ich do WYGŁUPÓW, bo jest to MODA wymyślona przez TYCH Z GÓRY, którzy oczywiście nic nie wiedzą o PRAWDZIWEJ pracy w szkole. Jeśli nauczyciel pokazuje, że nie jest chętny do uczenia się nowych rzeczy, to uczeń też tego nie będzie umiał. Zaczynanie działań od narzekania i jasnego dawania do zrozumienia uczniom swojego niechętnego stosunku do tego, co się robi, skwaszona mina i pełen napuszonej pogardy dystans, jest "skuteczniejszą" metodą na odstraszenie od czytelnictwa, niż przykaz przepisywania karnych zdań.

Bardzo często dostrzegam również prezentowanie przez nauczycieli postawy wszechogarniającej "pobłażliwości dla motłochu", objawiającej się traktowaniem z wyższością każdego, kto nauczycielem nie jest ("Przecież on tylu książek nie przeczytał, co ja, literatury nie studiował, co on może wiedzieć..."). Skutkuje to pychą i bezzasadnym zadufaniem, a często agresją, gdy zostaje się złapanym na błędzie (przyznanie się do błędu to dla niektórych nauczycieli wstyd, poniżenie, hańba, brak profesjonalizmu, utrata twarzy...). Wszelkie inicjatywy uczniowskie są przez takie osoby traktowane z politowaniem, z łaską lub po prostu torpedowane błahym machnięciem ręki. Uczniowie mają wybór: albo zastosować się bezwzględnie do wskazówek nauczyciela-despoty, albo nie robić nic i w cieniu przeżyć jakoś tych kilka lat. By obronić swoją "prawowitość", tacy belfrzy najczęściej negują pomysły kolegów po fachu, którzy mimo wszystko chcą zaufać nowoczesnej technologii i przy jej pomocy zaktywizować uczniów. "Młode to i płoche" - twierdzą i nie powstrzymują się przed komentowaniem pracy innych przy uczniach, przybierając ton pogardy podszyty lękiem, spowodowanym niezrozumieniem, podskórnym poczuciem nieprzystawania do współczesnego świata. Liczą na to, że buta ochroni ich pozycję wszechwiedzącego arbitra rzeczywistości. Uczniowie są jednak o wiele bardziej przenikliwą grupą społeczną, niż się niejednej "alfie i omedze" wydaje. Grają na emocjach takiego nauczyciela, nawet oszukują go, robiąc to dla dobrych stopni, poczucia bezpieczeństwa, spokoju na lekcjach. Niestety, taka relacja nijak się ma do idei uczenia. Wykształcona postawa braku zaufania i wrogości przenoszona jest ze szkoły na pracę i kompensowana w przyszłych relacjach pracowniczych, kiedy to "wreszcie można kimś poniewierać, odpłacić mu, bo jest się górą". Ponieważ uczniowie wyżej opisanych nauczycieli nie czytają, wzorzec rozpoznawania emocji mają wyuczony wyłącznie na lekcyjnym maskowaniu i różnych odcieniach personalnej wrogości. Tak "przygotowani" do życia w świecie, pozbawieni nawet alternatywy rozumienia tego świata i jego fundamentów (a mogliby ją mieć, gdyby czytali książki), wkraczają w dorosłość jako prowizorki, ociosane kukły, wolność rozumiejący w możliwości "porządzenia sobie".

Z powyższych rozważań jasno wynika, jak ważnym jest czytanie. Jak istotnym jest posiadanie umiejętności "czytania świata", rozpoznawania własnych emocji, nazywania ich, porównywania i szeregowania. Jak konieczną jest zdolność poszukiwania odpowiedzi na diagnozę własnego stanu nie tylko u jednego źródła, ale w milionach stworzonych na kartach dzięki zdolności budowania sensów ze znaków, a z tych sensów wyobrażeń.

Moim zdaniem można zacząć od drugiej strony. O wiele łatwiej jest poskromić ciągi logiczne, gdy samemu się je stworzy. Oczywiście, po drodze czekają niesamowite pułapki, jak skróty myślowe, gubienie podmiotu (wykonawcy czynności), który bezczelnie miesza się z dwuznacznym zaimkiem, czy nawet powstawanie nazywanej przeze mnie "językowej schizofrenii" (co ogromnie uczniów bawi, dzięki czemu sami powoli spostrzegają użyte przez siebie generalizacje, kazuistyczne truizmy, czy ogólniki). Krok po kroku przynosi satysfakcję, a gdy uczeń do tego otrzymuje jasną informację zwrotną, działania te wykonywane są często (dzięki czemu stają się niemal naturalne, banalne, proste, codzienne), a do tego podejmowane są w różnorodnej formie, często będąc środkiem do realizacji jakiegoś innego zadania (czyli mimochodem są wykonywane, dzięki czemu nie obciążają presją psychiki ucznia, że OTO PISZE CHARAKTERYSTYKĘ), to osiągnąć można o wiele więcej, niż się zamierzało, a jest to samodzielna, niczym nie prowokowana chęć do sięgnięcia więcej, do zrozumienia więcej, do spojrzenia dalej. Zdarza się. Przy dokonaniu indywidualizacji materiału nauczania, po dostosowaniu wymagań edukacyjnych i podstawy programowej do konkretnej klasy, po opracowaniu w końcu świadomego planu dydaktycznego nastawionego na cele, po tym wszystkim zdarza się o wiele częściej.

Czy to oznacza, że nie czytają niczego?

Dziennie czytają nawet więcej, niż gdyby śledzili karty "Potopu". Przede wszystkim są to treści na stronach internetowych - pobieżnie, bezkrytycznie czasem, popadając w uzależnienie "przeklikania" od linku do linku, ale mimo wszystko jest to czytanie. Do informacji zawartych na stronach dochodzi komunikowanie się na chatach, rozmawianie statusami, które z biegiem czasu robią się coraz bardziej wyrafinowane. Jeśliby tak nie było, jaki sens miałoby stwarzanie coraz bardziej wymyślnych emotikonów, facebookowych naklejek symbolizujących nastrój? Jeśli byłoby to pokolenie płytkich, szybko myślących ludzi (jak wielu by pewnie chciało), to do komunikacji wystarczyłyby im dwie emotki (podobnie jak w książce G. Orwella). Coraz rzadziej jest to porozumiewanie się sms'ami, które zastępują Messenger, Twitter, FB, Snapchat. Dlaczego? Z powodu rozwoju technologii - na rynku nie ma już teraz w sprzedaży telefonów, które nie miałyby opcji korzystania z internetu. Do tego dochodzi oferta sieci telefonicznych, które udostępniają w ramach opłaty sporą ilość transferu, którą z korzyścią wykorzystują uczniowie głównie do komunikowania się. O czym rozmawiają? Na jaki temat wymieniają te terabajty komunikatów? Jak czytają owe treści? Jak z nich korzystają?

Kolejną sferą, która jest związana z czytaniem, to memy. Wyrafinowane, bardzo pomysłowe, często ironiczne zestawienie ilustracji i tekstu, to nie jest działanie błahe. Wymaga opanowania dwuznaczności słownej, skrótowości, analizy wydarzeń społecznych, grania na niedopowiedzeniu, często operowania frazeologizmem, metaforą - wszytko to "bez czytania". Skąd więc biorą natchnienie twórcy demotywatorów, skoro nie czytają książek?

Pozostają jeszcze komiksy, od dłuższego czasu jest to poniżana forma zapisu treści. Posądzana o prymitywizm, uproszczenia, promowanie kultury obrazkowej, prawie wcale nie jest wykorzystywana przez nauczycieli na lekcji. Co więcej, z góry jest poniżana. Mangi określane są mianem głupoty, europejski komiks praktycznie w kulturze nie istnieje, a amerykański kojarzy się jedynie z lansowaniem superbohaterów. Takie traktowanie tekstów literackich (tak, tak, komiksy to teksty literackie lub szerzej - teksty kultury) prowadzi do zaciętości i milczącego oburzenia uczniów, przy jednoczesnym pozostawaniu tych ostatnich sam na sam z wyrafinowaną techniką rysowników. W wyniku tego często wiele tekstów komiksowych rozumianych jest pobieżnie; szczególne ujęcie kadru okienka komiksowego (interpretowanego w swojej budowie współcześnie na równi ze scenopisem, czy kadrem filmowym), jest przez uczniów całkowicie pomijany na drodze interpretacji, a sens tekstu rozmywa się z powodu nieumiejętności wyłapania podtekstów (ponownie nasuwa się metafora z hasłem z Wikipedii o wymazanych hiperłączach).

Podobnie rzecz się ma z filmami, które na lekcji bardzo często wykorzystywane są w charakterze ekranizacji treści lektury, a budowę dzieła filmowego pomija się milczeniem jako nieistotną w pracy na lekcji. Film ma przecież "pomóc wyobrazić sobie tekst", nic poza tym. Co kogo obchodzi budowa kadru, oświetlenie, ruch kamery, przejścia, muzyka, po co komu porównywanie, z czego zrezygnował, a co dodał twórca scenariusza i jaki to niesie skutek dla wymowy filmu. A filmy kina artystycznego, dziwne, pozornie nielogiczne, które osobie niewprawnej w badaniu filmowej narracji przywołują na myśl wyłącznie określenie "bez sensu"? To "bez sensu" przenosi się później na Mrożka, Lema, Kafkę i staje się uniwersalnym wytrychem, zwalniającym z prób rozszyfrowania zagadek świata. Wystarcza popcorn i cola. Czy należy się dziwić, że kino popularne, takie, które stara się masowo zaspokoić jak najwięcej potrzeb, jest kinem banalnych wątków i scen? Można, owszem, wyjść z uczniami na masowe warsztaty (nawet nie wiem, czy organizatorzy takich imprez dostrzegają absurd w tym określeniu?), by posłuchać (skądinąd ciekawego) wykładu na temat ukrytych sensów w strukturze filmu. Jeśli jednak po powrotu z owego spędu, wiadomości tam prezentowane pozostawiane są bez echa, uczniowie nie przywiązują do nich wagi i wymazują informacje, które przecież umożliwiłyby im naprawdę... czytać film.

O dziwo, gdy tylko podejmie się ten TRUD i zapyta uczniów, czy chcieliby zgłębić sens krótkich intro z gry "Wiedźmin", wyrażają chęć, by to uczynić. Fascynuje ich nie tylko soczysty język i erotyczne sceny, ale często prawdziwość wykreowanych postaci. Im bardziej zgłębiają sekrety tekstu, tym silniej rozumieją dylemat Geralta, potrafią wyczuć emocje buntującej się Ciri, rozsądnie wnioskować na temat zachowania Yennefer. Co więcej, kilka miesięcy później dowiedzieć się można, że znają już Milvę, Regisa, wiedzą, czego pragnie ambitny czarownik i zastanawiają się nad znaczeniem metafory pomylonego z niebem odbicia nieba na powierzchni stawu. Nie trzeba zaczynać wcale od nakazowego przeczytania "tomu sagi". Można rozpocząć dyskusją o grze, może warto w nią zagrać, może zainicjować stworzenie własnej gry, w której budowanie świata, charakteru bohaterów, warunków wypełnienia questów będzie tym samym, gdyby kazać uczniom napisać opis przestrzeni lub miejsca, dokonać charakterystyki lub opisu postaci, stworzyć opis sytuacji. Tym samym, a nie takim samym.


Są obszary czytania, w których dopiero od niedawna, sporadycznie zaczyna bywać nauczyciel. Warto to zmienić.


"Poczytaj" ich historyjkę. Czy czujesz się obco w świecie ich narracji?


2 komentarze :

  1. Dziękuję za "latające książki". Warto zachęcać do czytania - normalnie i "po ludzku" :). Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekam również na pomysły czytelników. Lubię się uczyć :)

    OdpowiedzUsuń